niedziela, 26 kwietnia 2015

Franciszek Chrum Chrum - czyli szydełkowy prosiaczek.

      Miałam wyszydełkować piłeczki do żonglowania (i nadal mam taki zamiar), aby nie musieć żonglować zwiniętymi skarpetkami :P. Różowa piłeczka wyszła jednak tak świnkowa, że aż prosiło się dorobić jej pozostałe części ciała. Tak właśnie powstał Franciszek Chrum Chrum. Jakoś podoba mi się robienie zwierząt powiedzmy gospodarskich. Pierwsza była Krówka Mu Mu. A oto główny bohater:

szydełkowa świnka



 

          A teraz będzie trochę więcej o Franciszku :).
      Pewnie niektórzy z Was znają węża Hieronima. Franciszek to jeden z jego przyjaciół. Pojawił się na planecie Hieronimii zupełnym przypadkiem, zgubił drogę, ale cała planeta i stworzenia, które tam mieszkały tak mu się spodobały, że postanowił wybudować sobie tam swój domek i zamieszkać razem z nimi pośród kwiatów.
      Franciszek Chrum Chrum był uważany przez wszystkich za bardzo grzeczne i uprzejme zwierzątko. Zawsze chętny do pomocy, wesoło bawił się z innymi i nigdy nie narzekał. Był trochę nieśmiały, ale nikomu to nie przeszkadzało. Przy domku miał ogródek i często można było zauważyć jak swoją ulubioną niebieską konewką, podlewa kwiatki. Wyglądał przy tym tak niewinnie i różowo. Ach jakże zdziwiłyby się inne zwierzątka, gdyby wiedziały, że ten z pozoru niewinny prosiaczek, wcale aż taki niewinny nie jest. Franciszek bowiem na okrągło... zazdrościł.

 
      Najpierw były to pojawiające się od czasu do czasu i szybko ulatniające się myśli. Na przykład: "ach, jaki piękny długi i czerwony język ma wąż Hieronim. Szkoda, że ja takiego nie mam" lub "ach, jakie olbrzymie ostre zęby ma smok Januszek, też chciałbym takie mieć". Myśli te nie przeszkadzały jednak prosiaczkowi. Szybko o nich zapominał i dalej zajmował się swoim ogródkiem.
      Z czasem coś się zmieniło. A zaczęło się od pewnej z pozoru zwyczajnej rozmowy.
Pewnego dnia Franciszek pracując właśnie na grządce z warzywami, zauważył przechodzącego, biegnącą nieopodal ścieżką, węża Hieronima. Tym co przykuło jego uwagę, nie był jednak sam wąż, ani nawet jego piękny język, a wielki kapelusz, który to ów miał na sobie.
- Dzień dobry Franiu ssss! Jak rosną marchewki ssss? - Zagadnął uprzejmie wąż, jeszcze do niedawna siejący postrach w całym wszechświecie.
- Dzień dobry wężu - odpowiedział prosiaczek, wpatrując się jak urzeczony w kapelusz. - Marchewki? Taaak, rosną rosną - rzucił roztargniony. - Widzę, że masz nowy kapelusz - dodał z pozoru obojętnie.
- To prawda sss! - syknął radośnie wąż. - Dostałem go w prezencie od Celinki ssss. Podoba Ci się ssss?
Prosiaczek spuścił głowę i zaczął intensywnie dziabać motyką dookoła marchewek. 
- Taaak, jest całkiem ładny - mruknął. 
      Biedny Franciszek, tak naprawdę był zachwycony kapeluszem. Poczuł jednak coś dziwnego, jakby złość na Hieronima, że ten ma taki piękny kapelusz, a on nie. Trzeba tu wyjaśnić, że prosiaczek niemal od zawsze marzył właśnie o takim nakryciu głowy. Jak na złość jednak nigdy nie mógł sobie takiego kupić, a tutaj proszę Hieronim nie dość, że taki ma to jeszcze dostał go w prezencie! Dla Franciszka to było za dużo. Dotąd lubił węża, ale teraz myślał tylko o wielkiej niesprawiedliwości jakiej doznał. Czemu to Hieronim dostał kapelusz, a nie on?    


      Hieronim najwyraźniej nie zauważył co dzieje się z prosiaczkiem i dalej wesoło gawędził. Potem udał się przed siebie, na swoją ulubioną łąkę, sprawdzić jak wiedzie się motylom. Tymczasem prosiaczek pogrążył się w niewesołych myślach o braku kapelusza i o tym jak pięknie wyglądałoby jego życie, gdyby jego kapeluszowe marzenie się spełniło.
    Niestety okazało się, że nie był to koniec zmartwień prosiaczka. Na drugi dzień odwiedził go smok Januszek. Był to bardzo elegancki pan smok. Zawsze chodził z czarną muchą przymocowaną do szyi. Smok Januszek pracował w przedszkolu, ale tego dnia miał wolne. Dostał zwolnienie lekarskie ponieważ zachorował na rozwłóczkę. Choroba objawiała się nitką sterczącą z końca języka pod dziwnym kątem. Wystarczyła jednak tylko jedna tabletka szydełka i Januszek szybko wrócił do zdrowia. Pozwolił sobie jednak na krótką rekonwalescencję i wtedy to właśnie odwiedził Franciszka. Opowiadał mu o wielu przygodach, które przeżywał w przedszkolu, a prosiaczkowi coraz trudniej było zrozumieć dlaczego to nie on jest na miejscu smoka.
- Muszę powiedzieć Ci Franciszku - mówił Januszek spokojnym tonem, jak przystało na smoka. -  że ostatnio wyrosła mi w ogródku oczawnica wodna. Byłem pewien, że nic z tego nie wyjdzie. Podobno rośnie jedynie na planecie Lipy w Proszku. Wyobraź sobie jak bardzo zdziwiłem się kiedy, do mnie zamrugała! Naprawdę jestem wielce zdumiony. 
      Franciszek aż zacisnął swoje szydełkowe ząbki. To przecież on powiedział Januszkowi o oczawnicy wodnej i o tym co zrobić, żeby wyrosła w zwyczajnym ogrodzie. Była to jednak bardzo trudna sztuka i do tej pory nikomu się nie udawała. Franciszek miał nadzieję, że będzie tym pierwszym, a teraz okazuje się, że jego marzenie przywłaszczył sobie smok!


      Kolejne dni upłynęły Franciszkowi na złoszczeniu się. Ciągle myślał o tym jak Hieronim i Januszek mają od niego lepiej. Ba! Oni wręcz ukradli mu jego marzenia! Franciszek słyszał, że jeśli bardzo się będzie czegoś chciało to na pewno się to spełni. Całymi dniami rozmyślał, więc  o tym, że chce mieć piękny kapelusz taki jak wąż i oczawnicę wodną w ogródku tak jak smok, no i oczywiście chce też przeżywać przygody. Nic jednak z tego nie wychodziło. Wymarzonego kapelusza nigdzie nie mógł kupić, oczawnica nie chciała wykiełkować, a żadna przygoda nie miała miejsca. Prosiaczek denerwował się tym coraz bardziej.
- Przecież każdy mówi, że jeśli się czegoś bardzo pragnie to to się spełnia. Dlaczego u mnie nic takiego się nie dzieje? - mamrotał sam do siebie kompletnie zdruzgotany. - To niesprawiedliwe! Hieronim i Januszek nie zasługują na to, żeby im było tak dobrze i żeby mieli to co chcą. Oni wcale się nie starali. Mają więcej szczęścia niż rozumu!
      Hieronim i Januszek mieli jednak o wiele więcej rozumu niż prosiaczkowi się wydawało. Po pewnym czasie zauważyli, że zwierzątko markotnieje i chyba nawet jest na nich o coś złe.
- Może poprawimy jakoś humor prosiaczkowi. Co o tym myślisz Hieronimie? - zapytał smok.
- Och tak, zróbmy to ssss - ucieszył się wąż. - Mam nawet pomysł ssss. Zróbmy piknik!
    I tak oto przyjaciele prosiaczka zaczęli realizować swój plan. Januszek zrobił smocze kanapki z tajemniczymi składnikami znanymi tylko smokom i upiekł pyszne ciasto rabarbarowe. Z reszty rabarbaru ugotował nawet kompot. Hieronim trochę mu pomagał, ale gotowanie nie było jego mocną stroną. Oznajmił, że kupi prosiaczkowi prezent. Może będzie to jakiś sposób na poprawienie mu nastroju.
      Kiedy wszystko było już gotowe przyjaciele udali się do Franciszka. Prosiaczek nie był chętny na żadne niespodzianki. W myślach złościł się na nich, ale nic o tym nie mówił. Chciał, żeby jak najszybciej się od niego odczepili.
- Nie daj się prosić ssss -  wąż nie dawał za wygraną.
- Chodź z nami. Jeśli coś nie będzie Ci się podobało, damy Ci spokój - powiedział smok.
      Prosiaczek zgodził się w końcu i wyszedł ze swojego domku. Przyjaciele wyciągnęli go na piękną łąkę. Rozłożyli tam mięciutki kocyk i posadzili na nim prosiaczka. Wyciągnęli przepysznie wyglądające jedzenie i picie. Prosiaczek niechętnie zaczął jeść. Mało się odzywał, ale sam fakt, że nie wraca jeszcze do domu, wzięli za dobrą monetę.
- O co więc chodzi Franiu? - zapytał po dłuższej chwili Januszek. - Co Cię trapi?
- Właśnie ssss. Obraziłeś się na nas ssss? - dodał wąż.
       Franciszek siedział wyraźnie naburmuszony. Wyglądał jakby chciał coś powiedzieć, ale nie chciało się to z niego wydostać. Wtedy Hieronim wyciągnął swój prezent.
- Prosiaczku, to dla Ciebie ssss. Pomyślałem, że poprawi Ci humor ssss.
       To rzekłszy wąż wyciągnął... kapelusz! 
- Nie wiem czy Ci się spodoba ssss. Może nie lubisz kapeluszy ssss. - rzekł zakłopotany wąż.
     

      Prosiaczek szeroko otworzył swoje małe czarne oczka ze zdumienia. Cały się zarumienił. Teraz zrobiło się mu strasznie głupio. Zazdrościł wężowi kapelusza i tak źle o nim myślał, a tymczasem przyjaciel podarował mu go nawet nie wiedząc, że jest to największym marzeniem prosiaczka.
- Hieronimku! Januszku! - załkał prosiaczek. - Bardzo was przepraszam! Byłem zły, bo zazdrościłem wam, że macie to co ja chcę mieć. Myślałem o was takie okropne rzeczy. Tymczasem wy jeszcze robicie specjalnie dla mnie piknik i kupujecie kapelusz. Wybaczcie mi, proszę.
      Przyjaciele odetchnęli z ulgą i wybaczyli Franciszkowi. Prosiaczek obiecał, że nie będzie już więcej się tak zachowywał, a jeśli coś nie będzie mu się  podobało to zawsze będzie mówił to wężowi i smokowi wprost.
      Od tej pory prosiaczek docenił swoich przyjaciół i cieszył się ich szczęściem zamiast zazdrościć. Wtedy to stała się rzecz niesamowita, w jego ogródku wyrosła oczawnica wodna! Marzenie prosiaczka się spełniło. Co do przygód zaś... o tym opowiem innym razem.

 

KONIEC

W rolach głównych wystąpili:
Prosiaczek Franciszek Chrum Chrum,

szydelkowa swinka

czwartek, 23 kwietnia 2015

Zielone serwetki mojej prywatnej nauczycielki :).

      Dawno już nic stworzonego przez mamę nie było, ale nie dlatego, że nic nie zrobiła, a przez siłę wyższą, która nie pozwoliła mi zrobić zdjęcia zielonego bieżnika. Szkoda mi bardzo, bo wyszedł ślicznie. Na szczęście do kompletu powstały serwetki w tym samym stylu, więc pokazuję je od razu, zanim znowu coś mi w tym przeszkodzi. Średnica każdej to około 25 cm. Na każdym zdjęciu odcień wydaje się trochę inny, ale co poradzić :P.        

szydelkowa serwetka

szydelkowa serweta



Tutaj cała dwunastka grzecznie sobie leży jak gąsienica :).

szydelkowe serwetki

szydelkowe serwety

      A teraz jeszcze krótki powrót do Wielkanocy, już na pewno ostatni :). Podczas świąt u babci, zauważyłam dwie rzeczy, które jeszcze w tamtym roku na Wielkanoc, zrobiła mama. Zdjęcia wyszły tak, że pozostaje tylko gorzko zapłakać, ale coś tam mniej więcej widać.
      Najpierw koszyczek. Jest malutki, wielkości dłoni bez palców :P. Wygodnie trzyma się w nim cukierki-pisanki.

szydelkowy koszyczek


szydelkowy koszyk

      A teraz kurka. Również jest niewielka. Wypełniana watą. Siedzi sobie dostojnie, z falbanką wokół tułowia i gdacze.

szydelkowa kurka

szydelkowa kura

sobota, 18 kwietnia 2015

Bardzo groźny kosmiczny szydełkowy wąż Hieronim i jego przygoda.

      Dawno, dawno temu na pewnej małej planecie, na której do tej pory nic nie żyło, pojawił się wąż. Miał na imię Hieronim. Był to kosmiczny wąż latający. Trzeba od razu powiedzieć, że taki wąż to bardzo groźne stworzenie. Tam gdzie się pojawiał wywoływał popłoch, bo pożerał wszystko co napotkał na swojej drodze. Wszyscy się go bali i uważali za najokrutniejsze stworzenie jakie istnieje. Prawda była zaskakująca. Wąż nie robił tego złośliwie, taki już był z niego wężowy łakomczuszek. Dopiero kiedy zaspokajał głód, orientował się, że wokół niego, nie ma już nikogo z kim mógłby się pobawić. Robił się wtedy bardzo smutny i ze zwieszonym łepkiem pochlipywał nad swoim losem.
- Och ja nieszczęśliwy, nie mogę się z nikim we wszechświecie pobawić, bo każdy od mnie ucieka ssss. Nic dziwnego skoro nie potrafię oprzeć się, żeby kogoś nie schrupać ssss. Zupełnie nie wiem co mam na to poradzić ssss. Do końca życia będę tak latał pomiędzy planetami i zjadał ich mieszkańców ssss. 

waz na szydelku
      
      Tak mówił do siebie mały smutny wąż, aż pewnego dnia zdecydował, że koniec z tym. Postanowił odnaleźć jakąś niezamieszkaną planetę i powoli chrupać to z czego jest stworzona. Niestety jak na złość, nie trafił ani na planetę z czekolady, ani z sera, ani nawet na taką w kształcie wielkiego kalafiora. Tak się złożyło, że kiedy to postanowił, najbliżej położoną planetą była pochmurna planeta cała pokryta śniegiem i lodem.

 
      Wąż wzruszył całym swoim ciałem, bo i cóż miał na to poradzić. Nie miał siły lecieć dalej, więc postanowił pozostać właśnie na tej. Planeta była niewielka, więc szybko ją zwiedził. Przy okazji nadał jej nazwę. Od swojego imienia nazwał ją Hieronimia.
    Hieronim na Hieronimii wiódł spokojne życie. Rozmyślał nad wężowymi sprawami, pełzał po lodzie, zjeżdżał z ośnieżonych pagórków na brzuchu i oczywiście zajadał. Najpierw cały śnieg, potem lód, a kiedy zabrakło i tego i tego, zabrał się za zajadanie ciemnych burzowych chmur. W końcu na całej planecie nic już nie zostało. Zrobiło się biało i pusto. Jak się okazało pod spodem Hieronimia była bieluteńka. Hieronim próbował jeść to białe coś, ale nic z tego nie wychodziło. Było zwyczajnie nienadające się do włożenia w pyszczek. Biedny wąż nie wiedział co począć. Bardzo chciał zostać na swojej planecie, ale głód doskwierał mu przeraźliwie. Poza tym nie miał tutaj już nic do roboty. Leżał więc zrezygnowany wpatrzony gdzieś w dal i rozmyślał co by tu zrobić.

       
      I kiedy już miał wybrać się w podróż w poszukiwaniu nowego miejsca, stała się rzecz niezwykła. Hieronim aż przetarł oczy ze zdumienia. Gdzieś z wysoka sfrunęła najprawdziwsza anielica. Miała długie złociste loki i niesamowite ogromne skrzydła.
- Hieronimie - rzekła spokojnym czystym głosem. - Nazywam się Celinka i jestem aniołem. Dowiedziałam się o Twoim losie i postanowiłam Ci pomóc. 
Hieronim nie mógł wydobyć głosu ze zdumienia. - Ale... dlaczego ssss? - Udało mi się w końcu wykrztusić.
- Jesteś smutny, a my anioły nie chcemy, żeby ktokolwiek się smucił. Nie możemy jednak za bardzo ingerować w to co dzieje się na planetach. Udało mi się jednak znaleźć sposób na to, żebyś zawsze był najedzony, tak że nie będziesz musiał pożerać innych stworzeń i dzięki temu będziesz mógł żyć z nimi w przyjaźni. - powiedziała Celinka uśmiechając się miło do węża. - Jednak - kontynuowała - tylko od Ciebie zależy czy będziesz przestrzegał zasady. Jeśli zabijesz jakiekolwiek żywe stworzenie, wtedy wszystko wróci do tego co jest teraz.
- A co będę jadł? - wyjąkał nieśmiało Hieronim. - Jem tak dużo na raz, że zawsze w końcu zaczyna brakować pożywienia i muszę polować.
- Już moja w tym głowa. - uśmiechnęła się Celinka i mrugnęła do niego łobuzersko.


      Wzięła węża na ręce, a on wpełzł jej na ramiona.
- Teraz wyobraź sobie coś najpiękniejszego i najmilszego jak tylko potrafisz - rzekła Celinka.
Hieronim wytężył umysł i pomyślał. I nagle wokoło zaczęły pojawiać się kwiaty! Było ich mnóstwo. Wszystkie piękne i kolorowe. Na początku były to niewielkie kwiatuszki, które ledwo można było dostrzec wśród rozległej bieli planety. Potem zaczęły pojawiać się coraz większe, zapełniały powoli całą planetę, a ich zapach niósł się dookoła. Na niebie zaczęły pojawiać puchate obłoczki, a gdzieś w oddali zaszemrał wesoło strumyk.
      Hieronim zaskoczony tym wszystkim, wpatrywał się w to co powstało.
- Jak... jak to możliwe ssss? Ty to zrobiłaś Celinko ssss? - zapytał.
- Och, oczywiście, że nie ja. To Ty! Przecież to Tobie kazałam pomyśleć o tym co uważasz za piękne i dobre. - Roześmiała się anielica. - Ja tylko użyczyłam Ci odrobinki swojej mocy. Gdybyś jednak wyobraził sobie coś złego, nic by z tego nie wyszło. Moja moc działa tylko w dobrych celach.


     Hieronimowi nadal trudno było uwierzyć w to co widzi. Pełzał zachwycony pięknem planety. Zobaczył nawet krążące wokół kiatów motyle.
- Hieronimie, Hieronimie - zawołały. - Dziękujemy Ci, że dałeś nam taki piękny dom. Zostaniemy przyjaciółmi?
- Och tak ssss! - wykrzyknął radośnie Hieronim. Po chwili jednak posmutniał.
- Co się stało wężyku? - zapytała Celinka.
- Mam teraz piękną planetę i przyjaciół w postaci motyli ssss. - westchnął sycząco. - Cóż jednak z tego skoro i tak wszystko to zjem ssss.
Celinka uśmiechnęła się tajemniczo.
- Spróbuj - zachęciła węża.
      Hieronim zrezygnowany podszedł do najbliższych kwiatów i zaczął je jeść. Jadł, jadł i jadł aż nasycił się zupełnie. Kwiatków jednak wcale nie ubyło. Motyle nadal miały nad czym fruwać, a on sam wcale nie miał ochoty ich zjadać. Ucieszył się straszliwie. Zatańczył z Celinką radosny wężowo-anieli taniec, a motyle fruwały wokół nich.
    Tak mogłaby się skończyć ta opowieść, ale muszę dodać jeszcze jedną zadziwiającą rzecz. Hieronim spędzając czas z motylami, bawiąc się z nimi, przestał się wydawać taki straszny innym stworzeniom. Przybywały, więc do niego z innych planet i wszyscy razem wesoło się bawili. Wszyscy wiedzieli, że wąż je magiczne kwiaty. Powoli zaczęli też zauważać, że je ich coraz mniej. Hieronim dzięki pomocy Celinki, mając wokół siebie przyjaciół i stawiając czoła problemom, przestał nie tylko pożerać wszystko co spotkał na swojej drodze, ale zaczął jeść zwyczajną ilość magicznych kwiatów. A i kwiaty przestały być po jakimś czasie magiczne. Zamieniły się w całkiem zwyczajne, ale Hieronim na początku nawet tego nie zauważył. Dopiero dużo później zorientował się, a łzy popłynęły z jego wężowych oczu. Tym razem były to jednak łzy szczęścia.

wąż na szydełku

 KONIEC

      Bajki to już koniec, ale chcę jeszcze tylko pokazać do czego wąż Hieronim może służyć. Nie dość, że przypilnuje książki to jeszcze zaznaczy, na której stronie ostatnio była czytana :). Będę go wykorzystywała na zmianę z obłoczkową zakładką.

zakładka na szydełku wąż
 
      W opowiadaniu wystąpiła Celinka, która już wcześniej fikała koziołki na blogu (a właściwie tańczyła :P).

sobota, 11 kwietnia 2015

Poświąteczne pisanki

      Już po świętach, a ja jak się uczepiłam wstawiania tych wielkanocnych ozdób, tak się odczepić nie mogę. To już prawie koniec, a pisanki już na pewno w tym roku ostatnie. Wstawiałam wcześniej pisanki w kurki i kogutki, a teraz pokażę jeszcze trzy. Tym razem w rolach głównych króliczki, motylki i kwiatki. Jakoś tak bardziej podobają mi się tamte, ale skoro już natrudziłam się przy tych, to niech będą i takie.
      Rzecz jasna zrobiłam je jeszcze przed świętami, ale nie zdążyłam wstawić (żeby nie było, że robię dosłownie poświąteczne pisanki :P).

pisanki decoupage

pisanka decoupage






czwartek, 26 marca 2015

Wielkanocny kurczaczek zwiedza świat.

      Pewien mały kurczaczek, który niedawno wykluł się z jajka marzył o tym żeby zobaczyć "świat". Wszystkie stworzenia żyjące na Biurku opowiadały mu, że świat jest ogromny i niewielu śmiałków decyduje się na pełną niebezpieczeństw wyprawę. Kurczaczek jednak nic sobie z tego nie robił i pewnego dnia, ku przerażeniu Kokoliny i Piptiliniusza, wyruszył przed siebie raźnym krokiem (na tyle, na ile pozwalały mu na to jego cienkie nóżki). W takt piptającej piosenki machał skrzydełkami. Czasem nawet podskakiwał.

szydelkowy kurczaczek

Mijał kwitnące wiosennie drzewa, ich piękny zapach roznosił się po całej okolicy. Kurczaczek nie mógł wyjść z podziwu, że coś takiego istnieje na świecie.

szydelkowy kurczak

W  pewnym momencie na głowie kurczaczka przysiadł wielki niebieski motyl. 
- Gdzie wędrujesz mały kurczaczku? - zapytał.
- Chcę zobaczyć świat. - odrzekł ten cienkim głosikiem.
Motyl zamyślił się na chwilę, a potem powiedział.
- Cały świat najlepiej zobaczysz z wysokiej góry, zwanej Fotelem. Wyprawa na nią jest jednak bardzo niebezpieczna. Takie małe kurczaczki jak Ty nie zapuszczają się w tamte strony.
Kurczaczek aż podskoczył na te słowa i klasnął w skrzydełka. 
- Ach jak cudownie! Dziękuję Ci motylku. Jestem dzielnym kurczaczkiem i nie straszne są mi niebezpieczeństwa. Pójdę na górę Fotel i zobaczę jak wygląda świat.
Motyl pokręcił głową z rezygnacją, ale w końcu odrzekł.
- Jeśli tak postanowiłeś, nie będę odwodził Cię od tego pomysłu. Chcę Cię jednak ostrzec. Fotela pilnuje wielki dwunożny potwór. Wystrzegaj się go. Mawiają, że pożera wszystkie stworzenia, które uda mu się złapać. Tak czy inaczej, powodzenia mały kurczaczku, wracaj do nas jak najszybciej cały i zdrów.
To mówiąc, motyl odfrunął. Kurczaczek nieco wystraszył się opowieści o dwunożnym potworze, ale nucąc kolejną piosenkę, szybko zapomniał o strachu.

wielkanocny kurczak

Kiedy tak wędrował napotkał piękną łąkę. Rosła na niej trawa białego koloru, a wszystkie kwiaty były ogromne i miały barwę niebieską. Kurczaczek z wrażenia aż przysiadł.
- Ach, jakże pięknie jest na świecie. - westchnął. -  Wszyscy boją się wyjść z Biurka i nawet nie wiedzą, co tracą. Znają świat tylko z opowieści i nie mają odwagi przekonać się sami, jak tu naprawdę jest.
Tak myślał sobie mały mądry kurczaczek. Nie odpoczywał jednak zbyt długo. Wiedział, że czeka go wyprawa na górę, która majaczyła w oddali.


Szedł i szedł przez wiele dni, aż w końcu stanął u podnóża góry. Przeraziło się pisklątko, bo i jak tu wejść na coś tak wielkiego i tak stromego.


Za każdym razem kiedy próbował wejść na górę, jego nóżki ślizgały się po skałach i musiał wracać na dół. Nie dawał jednak za wygraną i wciąż zaczynał mozolną wspinaczką od nowa.


Trwało to bardzo długo, aż w końcu zmęczony kurczaczek musiał usiąść i odpocząć. Gdy tak siedział, wydarzyło się coś zupełnie niespodziewanego. Z oddali zaczęła wyłaniać się sylwetka najprawdziwszego potwora! Powoli kroczył on w stronę kurczaczka.
- Och nie! - zapiptało maleństwo - Co teraz ze mną będzie. Motyl miał jednak rację, potwór naprawdę istnieje. 
Kurczaczek nie miał już jednak sił na to aby uciekać, ani nawet gdzieś się schować. Zresztą pośród fotelowych skał trudno było znaleźć dobrą kryjówkę. Z obawą w małym włóczkowym serduszku, czekał więc na to co się wydarzy. Potwór zaś powoli człapał w jego stronę.


Kiedy już doczłapał pochylił się nad kurczaczkiem i rzekł.
- Ach kurczaczku, co tu robisz?
Kurczaczek zdumiał się. - Z-znasz m-mnie potworze? - wyjąkał.
- Oczywiście, że Cię znam - powiedział wesoło potwór. - I wcale nie jestem żadnym potworem. Nazywam się Tysia i to ja pilnuję, żebyście mogli bezpiecznie żyć na Biurku.
- Naprawdę? - spytał niepewnie kurczaczek. - Ale przecież motyl opowiadał o Tobie straszne rzeczy.
- Naprawdę. Nie musisz się mnie bać. To co mówił motyl nie jest prawdą. Stworzenia na Biurku boją się tylko tego co nieznane. Wymyślają więc o mnie jakieś niestworzone historie, zamiast skonfrontować swój lęk. Nie raz chciałam się z nimi pobawić i porozmawiać, ale niestety gdy widziały mnie w oddali, zawsze uciekały.
Kurczaczka zasmuciły te słowa, bo potwór-Tysia wydała mu się całkiem miła.
- Może jak wrócę powiem wszystkim, że spotkałem się z Tobą i nie zjadłaś mnie i wtedy przestaną się Ciebie bać? - zaproponował.
- To byłoby wspaniale! - wykrzyknęła Tysia. - Czy jest coś co mogę za to dla Ciebie zrobić? - zapytała.
Kurczaczek zaszurał nóżką i ze spuszczonymi oczami rzekł.
- Bardzo chciałbym dostać się na górę Fotel, aby móc z jej szczytu zobaczyć świat.


Tysia tylko się uśmiechnęła i wyciągnęła otwartą dłoń w stronę kurczaczka. Mały trochę jeszcze się bał, ale wkroczył na tak przygotowany podest i ani się obejrzał, a ręka uniosła się do góry, a on ujrzał cały świat!


Tysia posadziła kurczaczka na szczycie góry i trochę się odsunęła. Jego oczom ukazał się niesamowity widok. Łąki dywanowe, jeziora podłogowe, góry meblowe, to wszystko roztaczało się przed nim. Chmury firanek płynęły leniwie po niebie. Kurczaczek zaś wszystko to obserwował z zapartym tchem.


Co było potem? Kurczaczek pogawędził jeszcze z Tysią, a potem zaprowadziła go z powrotem na Biurko. Tam z kolei opowiedział wszystkim o tym, że żaden potwór nie istnieje, a wszyscy bali się tylko swojego wyobrażenia o nim. Stworzenia odetchnęły z ulgą i od tej pory zaprzyjaźniły się z Tysią.

szydelkowe kurczaczki

Kurczaczek udowodnił, że dzięki determinacji można wiele zdziałać, a nasze lęki są często tylko w naszych głowach. Warto brać przykład z kurczaczka :).


 KONIEC

wtorek, 24 marca 2015

Kwitnące drzewko

      Na Tiliaxis rosną drzewa, które mają mnóstwo kolorowych kwiatów. Właściwie nie widać tam liści, a kwitną niemal przez cały rok na okrągło. Oczywiście nie wszystkie, ten to konkretny gatunek. Co ciekawe na jednym drzewie potrafią pojawić się kwiaty w przeróżnych barwach. Tak też jest i na tym, które zrobiłam na wzór tych, rosnących na planecie Lipy w Proszku. Oczywiście jest to tylko miniaturka, bo tak naprawdę są ogromne.

papierowe drzewko

 bukiet z papierowych kwiatków

papierowe drzewo

Tutaj pamiątkowe zdjęcie pod drzewkiem, z udziałem PiptiliniuszaKokoliny.    

papierowe kwiaty

A tak wygląda część kwiatków, które grzecznie czekały na wyrośnięcie na kolorowym drzewie.