Były już serwetki na różne pory roku, a ostatnio zdałam sobie sprawę, że nie wstawiałam jeszcze zielonych. Maj to akurat dobry miesiąc, żeby to nadrobić. Oczywiście tak jak głosi tytuł, to serwetki mojej mamy. Wszystkie są nieduże, w sam raz pod kubki.
środa, 4 maja 2016
niedziela, 17 kwietnia 2016
Uszyłam stwora!
Nigdy nie szyłam na maszynie, nie umiem tego, ale skoro jakiś czas temu takową kupiłam, trzeba było w końcu się za coś wziąć. U mnie w domu nikt na maszynie szyć nie umie, więc musiałam się zdać na instrukcję obsługi i filmiki w internecie. Jakimś cudem udało mi się pozakładać nici, a najfajniejsza zabawa to nawijanie ich na szpuleczkę :D. Sprawdziłam różne ściegi i stwierdziłam, że jak się nie szarpię z maszyną to szyje sama :P. Postanowiłam więc, że co będę na sucho "szyła", trzeba wziąć się za coś na czym zobaczę efekt. Wzięłam niepotrzebne stare ubrania, bo ich nie szkoda jak spartolę sprawę. Jak widać materiał oczowy mi się postrzępił, ale to ciiii.
Ogólnie wzory różne na takie stworki w internecie są, więc nie będę wmawiała, że to jakiś mój pomysł. Jedynie zrobiłam swój "wykrój", tak jak mi się uwidziało. Powstał swtorek wyglądający niczym z czeluści piekielnych, ale i tak go kocham :). To taki straszaczek-przytulaczek.
Wiem, że nie jest idealny. Pocieszam się tym, że pewnie za każdym kolejnym razem będzie łatwiej. Szycie igłą i nitką mimo, że schodzi znacznie dłużej niż na maszynie, jest dla mnie prostsze. Jak na razie mogę obwieścić, że pierwsze stwory za płoty! Pierwszy cuś uszyty!
poniedziałek, 14 marca 2016
Serwetki i kot na ścianie
Jeśli ktoś ma jakieś wątpliwości to szydełkuję, tylko że większe coś, a włóczka czarna i przy sztucznym świetle słabo widzę w co tam mam kujnąć tym szydełkiem. Zmierzam jednak pooowoooooli do celu. Chyba jednak w między czasie zrobię inne mniejsze coś, bo takim tempem to do wakacji się nic mojego nie pojawi na blogu. Za to wstawiam serwetki mamy. Nazbierało się parę, więc oto są tadam! Takie już trochę pod kątem Wielkanocy robione.
A na koniec wepchnę jeszcze kota na ścianie. Rzecz jasna nie zrobiłam krzywdy Filusi i jej nigdzie nie wmurowałam. Kot jest stworzony całkowicie z farby i siedzi sobie prawie grzecznie na gałęzi. Prawie, bo obserwuje ptaszka, ale mam nadzieję, że na niego nie zapoluje.
Myślałam sobie, że fajnie mieć coś na ścianie, ale nigdy nie miałam odwagi sobie czegoś namalować. Teraz nadarzyła się okazja, żeby zrobił to ktoś inny i tak o to chwalę się bezczelnie nie moim dziełem :P.
czwartek, 18 lutego 2016
Czapka koooleeejna
Już wcześniej robiłam czapkę tym wzorem. Pierwsza i filmik o tym jak ją zrobić, znaleziony na youtube są tutaj -> http://szydelkowa-planeta.blogspot.com/2015/11/czapencja-i-abedz.html. Tą robiłam w trybie przyśpieszonym, dosłownie z dnia na dzień. Chyba jakoś w pośpiechu mocniej ją ściskałam, bo wyszła ciaśniejsza niż tamta poprzednia, ale dobrze się rozciąga, więc jest w porządku.
Dla tych którzy mają dosyć już czapek na moim blogu, radosna nowina, na razie to koniec. Chyba...
Dla tych którzy mają dosyć już czapek na moim blogu, radosna nowina, na razie to koniec. Chyba...
niedziela, 14 lutego 2016
Szydełkowy smok
Troszkę dawno mnie nie było na blogu. Nie znaczy to, że niczego nie robiłam, wręcz przeciwnie. Nie po drodze było mi jednak z robieniem zdjęć i wstawianiem ich na bloga. Te które daję dzisiaj też pozostawiają bardzo wiele do życzenia, zdaję sobie z tego sprawę. Chciałam jednak koniecznie uwiecznić smoczka, zanim trafił do nowego właściciela.
Można wyginać mu ogon i łapki. Dzięki temu stoi i siedzi. Oczy i pazurki wyszyłam. Smoczka robiłam z tego wzoru: madisa.republika.pl/smok.rtf. Na końcu jest podana galeria autorki wzoru, piękne stworki można tam obejrzeć. Bardzo chciałabym kiedyś też tak szydełkować. Mam nadzieję, że to się stanie :). Na razie ciągle ćwiczę i ćwiczę. Ze smoka jestem zadowolona, tylko te nieszczęsne zdjęcia, ech ech.
sobota, 9 stycznia 2016
Czapka z kwiatkiem
Jeszcze w grudniu zrobiłam kolejną czapkę. To moja trzecia szydełkowa, po pierwszej tej i drugiej uszatej. Ta jest dla mamy, taki jak chciała wzór i kwiatek z boku. Na jej głowie wygląda lepiej, na mnie jest trochę za duża. W trakcie tworzenia jest też szalik z takiej samej włóczki.
Stwierdzam, że znacznie przyjemniej szydełkuje mi się coś dla kogoś. Dla samej siebie nie mam aż takiej przyjemności chyba, że to właśnie czapka lub coś innego, co jest mi przydatne. Dla innych ludzików mam z tego większą radochę i bardziej mi się chce. A nawet kiedy mi się nie chce, to przypomina mi się, że przecież obiecałam, więc znowu mi się chce :). Też tak macie, czy to tylko moje wydziwy? :P
niedziela, 3 stycznia 2016
Bałwanek Ryszard w nowym domu :)
Dzisiaj po raz pierwszy na blogu mam przyjemność pokazać dalsze życie szydełkowych cusiów, czyli co dzieje się z tymi, które opuszczają Szydełkową Planetę i idą do nowego domku :). To wszystko dzięki mojej koleżance ze studiów Grażynce, która zgodziła się na to, abym opublikowała jej zdjęcia i opowiadanie, które napisała o Bałwanku Ryszardzie (imię jest także jej dziełem :)). Dziękuję Ci jeszcze raz! :)
Tutaj aniołek i gwiazdki zrobione przez mamę. Aniołki można było podziwiać w ostatnim poście, a gwiazdki w tamtym roku, bo w tym nie zdążyłam w domu, zrobić im zdjęć.
Teraz rzecz najważniejsza, a mianowicie opowiadanie Grażynki. Mam nadzieję, że będzie Wam się je czytało tak miło, jak mi :).
Bałwanek
Ryszard- historia prawdziwa :)
Dawno,
dawno temu na Szydełkowej Planecie śnieg był zjawiskiem bardzo zwyczajnym.
Mijały pory roku, jesień zamieniała się w mroźną zimę i białe wełniane płatki
obficie sypały się z nieba. Nikt specjalnie się temu nie dziwił, a mieszkańcy
planety, szczególnie zaś ci najmłodsi, bardzo się z tego cieszyli. Wychodzili
wówczas pojeździć na szydełkowych sankach lub śmigali na szydełkowych łyżwach.
Lepili też bałwanki, które ubierali w szaliki i kapelusze.
Pewnego roku, dzieci z Szydełkowej Planety podczas lepienia bałwanka
bardzo się kłóciły. Sprzeczały się o wielkość kul, z których składał się
bałwan, potem o to, czyj kapelusik ma nosić i jaki ma mieć nosek. Skutkiem tego
powstał bałwanek Ryszard, zupełnie niepodobny do innych bałwanków. Bałwanki to
istoty spokojne i nadzwyczaj cierpliwe, stworzone po to, by dawać innym chwilę
szczęścia i radości. A Ryszard był najzwyczajniej w świecie złośliwy. Nigdy nie
pozdrawiał nikogo charakterystycznym dla bałwanków uchyleniem kapelusza,
zamiast dobrego słowa, zawsze sprawiał innym przykrość. Wszyscy się temu
dziwili i próbowali go zmienić, ale Ryszard zdawał się być niereformowalny.
Podstawiał nogi dzieciom jeżdżącym na łyżwach po ślizgawce, opodal której go
ulepiły i głośno śmiał się z nieporadnie wstających po upadku maluchów.
Z
nadejściem wiosny wszystkie bałwanki pakowały swe małe walizeczki i odjeżdżały
szydełkowym pociągiem do Krainy Wiecznej Zimy, która znajdowała się na Biegunie
Północnym, gdzie czekali na nie ich przyjaciele oraz święty Mikołaj i jego
elfy. Ale Ryszard nie spakował się razem z innymi bałwankami, ba, nawet nie
zjawił się na dworcu w dniu odjazdu pociągu. W swej złośliwości postanowił
nigdzie nie odchodzić, zostać nieopodal jeziorka, które w zimie było
ślizgawką i dokuczać mieszkańcom.
Początkowo wszyscy sądzili, że ciepłe promienie wiosennego słońca roztopią
Ryszarda i problem złośliwego bałwanka
zniknie, ale Ryszard był odporny na ciepło. Ulepiony w złości, miał w sobie
mnóstwo niedobrej energii. Potrafił wytworzyć wokół siebie zimną aurę i słońce
nie mogło mu zaszkodzić. Dalej więc wyśmiewał się z dzieci, zamrażał im napoje,
które niosły w swych plecaczkach do szkoły. Zdawało się, że nie ma sposobu, aby
go zmienić.
Ale
na Szydełkowej Planecie nie brakuje mądrych stworków. Na polanie pośrodku
prastarego lasu rośnie stary dąb. Jest w nim wykuta dziupla, w której mieszka
Pan Puchacz – najmądrzejsza sowa na całym świecie. Pewnego dnia mieszkańcy
Szydełkowej Planety przyszli do niego po radę, co należy zrobić, aby bałwanek Ryszard stał się
dobry. Mądra sowa stwierdziła, że bałwanek dopóty będzie złośliwy, dopóki
mieszkańcy Planety będą się na siebie złościć, denerwować i dokuczać sobie
wzajemnie. To z ich złych emocji, Ryszard czerpie swoją złośliwość i dają mu
one energię, aby wytwarzać zimną aurę, która nie pozwala rozpuścić go
promieniom słońca.
Mieszkańcy
Szydełkowej Planety posłuchali rady puchacza i jak za dotknięciem
czarodziejskiej różdżki zakończyli wszelkie spory między sobą. Bałwanek Ryszard
był zdziwiony, bo wokół niego zapanowała zgoda, dzieci bawiły się grzecznie i
nie sprawiały problemów swoim rodzicom, sąsiedzi nie prowadzili sporów, nikt
nie mówił brzydkich słów. Z dnia na dzień zła energia Ryszarda ulatniała się i
wkrótce poczuł się odmieniony. Zamiast mówić złośliwe rzeczy, życzył wszystkim
miłego dnia, pozdrawiał dzieci idące do szkoły. Wszyscy jednak, włącznie z
Ryszardem, dziwili się, że mimo iż jest lato, słońce nie rozpuściło bałwanka.
Szybko więc mieszkańcy uznali, że jest on wyjątkowy. Całoroczny bałwanek
Ryszard stał się szybko atrakcją turystyczną Szydełkowego miasteczka,
przyjeżdżali do niego naukowcy i zwykli ludzie z całej Planety, aby go
podziwiać i zamienić z nim kilka uprzejmych słów.
Mijały
lata, a bałwanek dzielnie trwał nieopodal jeziorka-ślizgawki. Lecz oto pogoda
stawała się coraz bardziej kapryśna, lato trwało coraz dłużej, a zima bywała
krótka i bezśnieżna. A jednego roku jakby zapomniała o Szydełkowej Planecie i
nie przyszła wcale. Biedne dzieciaki, które chciały pojeździć na łyżwach czy
sankach, musiały zadowolić się podróżami na rowerach i deskorolkach. Nie było
mowy o lepieniu bałwanków, ani o przyjeździe bałwanków z Krainy Wiecznej Zimy.
Jeden tylko Ryszard został w miasteczku i myślał, co zrobić, by choć na chwilę
przywołać Panią Zimę. Myślał, myślał i wymyślił! Skupił się całym swym
bałwankowym umysłem i dokładnie na Wigilię Świąt Bożego Narodzenia sprawił, że
w Szydełkowym miasteczku spadły małe białe płatki. Wszystkim udzielił się
nastrój świąt, a bałwanek Ryszard patrzył na to wszystko swymi węgielkowymi
oczkami i uśmiechał się do siebie i do ludzi. :)
Tutaj zaś bałwanek Ryszard na zdjęciu. Jest spokrewniony z tymi tutaj: Piotrusiem i Grzesiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)